dzien nr 2
no to teraz ja wam pokaze :)
Drugi dzien zaczal sie juz w nocy ok 3 nad ranem, obudzila nas .. powodz ... w pokoju obok. Na szczescie nas ominelo mimo, ze nas pokoj lezy troche nizej od sasiadow ... a nazekalismy, ze nie mamy okien :) Jak sie dowiedzielismy Anglicy sa "used to" takiej pogody, wiec jakos wytrzymaja. Ok 4 nad ranem wrocila do pokoju sasiadka z pijawka czkawka, za ktora oczywiscie przeprosila i zaczelo cos po pijaku bredzic ... w takich warunkach sen (wedlug moich wspolokatorow) byl bezsensem, wiec juz ok. 5 wyladowalismy na rtynku straoci. Jak wszytsko inne rynek tez byl olbrzymi .. zakupy poczawszy od paleczek, a na elementach terakotowej armii skonczywszy dokonuje tu sie za pomoca gestow i kalkulatora. Targowanie jest obowiazkiem ... paleczki mozna kupic za 30 RMB bez targownaia lub za 6 RMB po krotkiej wymianie kwot ... i tak mysle ze przeplacilem :) ( 6 RMB = 2,40 zl ...).
Mimo, ze w nocy lalo, pogoda byla jak wczoraj, czytaj mgla ograniczajaca widocznosc do 20 m. Powrot krotka drezmka - ciagle sie aklimatyzujemy (do polskiego czasu nalezt dodac 6h).
Po drezmce wypozyczylismy rowery (10 RMB za dzien), i szusowalismy po tutejszych drogach. Droga = 4 pasy w jedna strone + 2 pasy drogi rowerowej. Drozka rowerowa to jak unas marszalkowska ... skala nieporownywalna. Pare chinoli przez zakazanym miastem, wymyslili ze zdjecie z bialymi jest duzo bardziej atrakcyje niz zdjecie z zakazanym miastem i tym oto sposobem stalismy sie obiektem sesji zdjeciowej. Wogole biala twarz budzi pewne zaciekawienie, ludzie usmiechaja sie milo (mam nadzieje ze sie nie smieja, myslac .. co to za dziwadla). Wbrew pozorom bialych turystow jest tu bardzo niewiele i nie widac ich wogole oprocz miejsc turystycznych, gdzie zrestza nikna w tlumie azjatow.
Zastosowalismy nowa technike zamawiania posilku, ktora sprawdzila sie w 50% :) po prostu wybieramy 4 pierwsze potrawy z karty i probujemy. Trafilem tylko ja (boczek w sosie z plackami ryzowymi i Guta - kurczak z orzeszkami), Drzymer dostal tofu w sosie (bleeeee) a Marta sajgonki z warzywami - srednie. Tak ze Drzymer domowil to co ja, a Marta domowila ryz. Tu naleZy nas pochwalic paleczkami sobie juz radzimy - z glodu nie umrzemy.
Mozna by pisac i pisac, o miesice o tym co jedlismy, o chinolach ... nie da sie opisac, trezba zobaczyc, rewelka ... cos czego zadne z nas sobie wczesniej nie wyobrazalo!
Pawel


3 Comments:
GDZIE SĄ ZDJĘCIAAA :] będą?
póki biały jest tylko atrakcją - przeżyjecie ... ale na szczęście to nie Nowa Zelandia, kanibali chyba nie ma :]
i nie sprzedawajcie Agaty żadnemu Chińczykowi :]
pozdrawiam
10/7/06 14:16
siemano! fajnie jest, zapowiada sie jeszcze ciekawiej, czekam na dalsze relacje.
pozdr
Kulsor
11/7/06 22:50
Nice colors. Keep up the good work. thnx!
»
20/7/06 12:48
Prześlij komentarz
<< Home