No coz tu duzo mowic... ogromny kraj, ale jeszcze wieksza przygoda.

Stworzylismy to miejsce dla Tych wszystkich, ktorzy w przyszlosci planuja wizyte w Chinach albo... po prostu chca wirtualnie powedrowac z nami.

Start: 07/07/06

poniedziałek, lipca 31, 2006

Ryzowe tarasy w okolicy Longsheng

7:40 autobus do PingAn... Wysiadamy w Heiping, skrecamy w sciezke przed mostem i maszerujemy... Krajobraz zapiera dech w piersiach... Mgly powoli sie roztapiaja.. Po ponad 2 godzinach marszu mamy przed soba legendarne tarasy ryzowe, tak popularne w Chinach.





Dochodzimy do malej wioski (Longji) zaledwie kilka domostw posrod morza zielonego ryzu.. Bajka! Chwila przerwy i ruszamy dalej... Zar leje sie z nieba.. Tym razem przezornie wyruszylismy wczesnie rano..

Po kolejnej godzinie jestesmy juz w PingAn. To miejsce stworzone dla tych, ktorzy pragna podziwiac urokliwe pagorki... Stworzone przez Chinczykow = skomercjalizowane. Hoteliki, rekodziela, itp. Oczywiscie wszystko special price for you! Ta special price z 10jenow za pocztowki nagle robi sie nizsza.. Pawel zdobywa komplet ladnych kartek za 5jenow. Norma:)

Szczesliwi jestesmy, ze droga z Heipingu pozwolila uniknac tlumow, ktore znajduja sie w PingAn. Longji duzo przyjemniejsze... No a dodatkowo info, dla tych ktorzy byc moze kiedys powedruja naszymi sladami - wejscie z Heiping pozwala zaoszczedzic Ticket fee w postaci 50jenow:)

Jutro sprobujemy goracych zrodel (w okolicy), a pozniej Guilin i Yangshuo.

pozdr
kd

ps. wiecej zdjec obiecujemy po powrocie - mamy tutaj trudnosci z zamieszczaniem foto

niedziela, lipca 30, 2006

Na koncu swiata

W koncu udalo sie nam uciec od cywilizacji. Wysiedlismy z hardseat'a w Kaili i stamtad dalej autobusem pojechalismy do Chongan, malej wioski w gorach. Bylo to pierwsze miejsce, w ktorym spedzilismy trzy dni od czasu wyjazdu z Pekinu.

Zwiedzajac okolice urzadzilismy sobie kapiel przy wodospadzie (niektorzy nawet bez strojow kapielowych;). Z wycieczki po okolicznych wsiach musielismy sie jednak ewakuowac, gdy w samo poludnie znalezlismy sie na pustkowiu zlani potem i niezdolni do jakiegokolwiek wysilku. Na szczescie trafil sie transport w postaci furgonetki..osiem osob na przednim siedzeniu i kolejne 10 na pace (my tam z tylu)..sama przyjemnosc po marszu, ktory mielismy za soba! Popoludniu udalo nam sie jeszcze wyruszyc do wsi mniejszosci Xiao (dalej droga juz sie urywa). Tam Chinczycy, zajeci swoja praca, zyja jakby swiat naokolo nie istnial.

Wieczory w Chongan spedzalismy glownie na jedzeniu, bo mama Wave'a (Chinczyka o imieniu Fala, ktory prowadzil nasz hostelik:) naprawde swietnie gotowala. No i oprocz tego nauczyla nas grac w madzionga.

guta

Chongan (foto)



Kunming->Kaili - smak zycia

Hard seat z Kunmingu do Kaili nie okazal sie wcale taki hard. Luks jak rzadko przerywany byl tylko naporem Chinoli probujacych wymienic bilety (nasze miejsca znajdowaly sie obok pani od biletow ...).

Nasz Chinski kolega,o dzwiecznym amerykanskim imieniu Steven, pozowlil nam ciutke przyblizyc sie do klimatu panujacego wsrod mlodych ludzi w Chinach. Wiemy juz ze opozycji w Chinach nie ma (a jesli jest to very little), ze rzad jest swietny i wogole jest super, jest super wiec o co Ci chodzi ... moze przemowi do kolegi fakt, ze nie moze przeczytac naszego bloga ...

poza tym Steven jak kazdy normlny chninski 24 latek, puscil nam najweksze hity swoich idoli - Backstreet boys i Westlife, co bylo przezyciem samym w sobie ...

troche zdziwil go fakt, ze pijemy herbate zamiast coca-coli ... dlugo by tlumaczyc...

to tyle z podrozy

pzdr

Kciuk

wtorek, lipca 25, 2006

Kunming

Od wczoraj jestesmy w Kunming.

Podroz autobusem nocnym z napisem VIP byla w porzadku - duzo bardziej mila niz nasz ostatni sleeperbus:)

Mamy juz bilety na pociag do Kaili (hard seat) skad zamierzamy zwiedzic okolice, a nastepnie udac sie prawdopodobnie do Longsheng (pola ryzowe). Chyba odpuscimy sobie legendarny Guilin z uwagi na natlok turystow - ale to sie jeszcze okaze.

W Kunmingu calkiem niedaleko nas (mieszkamy w hostelu The Hump - 10zl za dorm - bardzo przyjemny taras z widokiem na miasto - polecam) znalezlismy Carrefoura! Hurra;) Tym samym mamy na sniadanko bagietke i dzemik - mniam;)

No ale Carrefour CHINSKI - mimo, ze francuski! Na polkach oprocz towarow chinskich - luksusowe - z importu:) Ceny tez lux. Nutella za 20zl;)

No to lece na bagietke:)
konrad

niedziela, lipca 23, 2006

Lekcja chinskiego

Komunikacja z Chinczykami idzie nam coraz lepiej! Ostatnio wzial sie ostro za nasza edukacje pan kierowca wiozacy nas z Panzhihuy do Lijiangu (5h lekcji!). Ciezko bylo stwierdzic na co wskazuje cos wykrzykujac, ale wydaje nam sie ze znamy juz nazwy niektorych zwierzat i owocow. Wiemy na pewno jak jest gruszka, co przyplacilismy sporym stresem a kciuk sensacjami zoladkowymi(no ale panu nie mozna bylo odmowic);)

Wczoraj opanowalismy liczebniki do 100 (slowa plus gesty) dzieki uroczej chinskiej rodzinie, ktora przygarnela nas do swojego busa, kiedy nie moglismy sie wydostac z parku krajobrazowego. Cali mokrzy, po zjezdzie z gory Nefrytowego Smoka (kolejka na 4680m), marzylismy juz tylko o powrocie do lozek, ale rodzinka zafundowala nam jeszcze zwiedzanie okolicy(i znowu nie wypadalo odmowic;))

Dzisiaj opuszczamy Lijiang (bardzo malownicze, ale z przytlaczajaca liczba chinskich turystow) i udajemy sie do Kunming. A co dalej nie wiadomo..

Guta&Marta

czwartek, lipca 20, 2006

Biletow brak znow

Nie udalo nam sie dostac biletow na pociag do Panzihuy (najblizsze na za 4 dni!), w zwiazku z tym postanowilismy jechac autobusem...

Po trudach udalo nam sie dostac bilet do Xichangu, skad zamierzamy sie dalej przedostac do Dali i Lijiangu.

ps. Budda niestety nie doczekal sie naszej wizyty, gdyz nie zdazylibysmy na autobus Chengdu - Xichang

konrad

środa, lipca 19, 2006

Hard foto

Spotkanie z panda

Chengdu jawi sie miastem calkiem przyjaznym, choc bez specjalnych atrakcji turystycznych. Podroznikow przyciaga w zasadzie jedno - rezerwat pandy. Poza tym polecilbym People's Park!

Rezerwat, a w zasadzie centrum badawcze znajduje sie na obrzezach miasta. My pojechalismy z wycieczka hostelowa(70jenow) - sam bilet po 30. Do pand najlepiej dotrzec z rana, bo wtedy jest pora karmienia i wychodza ze swoich klatek.

My mielismy okazje zobaczyc kilka na zewnatrz, chociaz jak okreslila Agata rezerwat mocno przereklamowany.

Co do People's Park - jest super, aczkolwiek herbaciarnie zachwalane w LonelyPlanet sa wg mnie przereklamowane. Filizanka kosztuje 15jenow - podejrzewam, ze Chinczycy placa 10x mniej! Zdecydowanie lepiej poszukac czegos w zaciszu. Sam park rewelacyjny.

Teraz kierujemy sie do Leshan, gdzie rezyduje budda gigant 71metrowy. Zamierzamy przenocowac w tym relatywnie nieduzym miescie i z rana zaatakowac budde.

konrad

wtorek, lipca 18, 2006

Hard sitter nite

Zyjemy!

16,5h pociagiem klasy podmiejskiego w PL z tymze bardziej ciasno;) Marta mowi, ze to lagodnie okreslilem i zdecydowanie ma racje! Tlum , tlum... dziki, dziki! Zreszta jak uda nam sie opublikowac zdjecia (aktualnie komputery maja chinskie menu i ciezko cokolwiek tu zdzialac), to przekonacie sie sami.

Bylo HARD!

Dodam tylko, ze dotarlismy na dworzec pol godziny przed odjazdem pociagu. Wszyscy Chinczycy byli juz w pociagu i tylko nieliczni podazali do niego w biegu. Gdy udalo nam sie do niego wejsc - co zreszta wydawalo sie niemozliwe i udalo sie dopiero po wykonaniu sporego rozbiegu;) - zobaczylismy... nie wiem jak to okreslic. Chinczycy siedzacy na ziemi, stojacy, lezacy... pozycje wszelkie mozliwe. Scisk totalny.

Dotarlem do naszych miejsc (numerowane). Oczywiscie zawalone ludzmi. Uprzejmie ukazalem im nasze bilety i na szczescie okazalo sie, ze maja hard stand'ery, czyli generalnie 16,5h na stojaco -hurra!;)

Troche obawialismy sie tego, ze w pociagu bedzie generalnie panowala zasada - jak w calych Chinach - kto pierwszy ten lepszy. Stad po wejsciu do wagonu ogarnelo nas przerazenie... Miejsca siedzace nie gwarantowaly komfortu i szczescia, ale stojace... no comments;) Bylismy urad(t)owani.

Teraz Chengdu.. ale o tym pozniej:)

Marta i Konrad

niedziela, lipca 16, 2006

Xi'an - czyli spoko-loko-luz i spontan

Xi'an - wszystkim nalezalo sie troche odpoczynku. Upal, brak snu, a przede wszytskim prysznica moze dac sie kazdemu we znaki ... :) Dlatego postanowilismy troche odpoczac i porzadanie sie wyspac.

Do Xi'anu-u dotarlismy ok. 22, wszytskie Hostele pelne, na szczescie Chinczycy potrafia dosc szybko zakrecic sie wokol czyichs pieniedzy i tym oto sposobem pracownik Hostelu, zalatwil nam nocleg w hotelu obok - 40 RMB za osobe w 4-os pokoju z klimatyzacja i TV. Zarowno klima jak i TV nie nadaja sie do niczego, chocby dlatego ze TV po Chinsku, a klima bardziej grzeje niz chlodzi. Obudzilismy sie dzis zlani potem, ale przynajmnije wyspani.

Xi'an wydaje sie byc mniej nachalny niz wczesniejsze miasta mniej tu turystow (wszyscy jada poza miasto ogladac Terakotowych Wojownikow), ulice (przynajmniej te w obrebie murow) zielone i nie tak zatloczne. Miasto bardziej cywilizowane, ogolnie bradzo pozytywne.

Postanowilismy sie nie spieszyc wstalismy ok. 9, zanieslimy nasze brudne rzeczy do prania (ok. 8 kg). Jak zwykle pani Chciala nas orznac na 110 RMB - stargowalismy do 60 (24 zl), pewnie i tak przeplacilismy ... niech tylko wroca czyste i suche :)

Bell i Drum Tower wygladaja malo imponujaco, mamy ciagle problem z zakupem kartek pocztowych, chociaz tutaj w przeciwienstwie do innych miast mozna jakiekolwiek dostac ... chociaz nie mozna tu mowic o jakimkolwiek wyborze :)

W drode do meczetu (w Xi'an-ie - trasa szlaku jedwabnego), znajduje sie dzielnica muzulmanska, spotkalismy znajomego Dunczyka - Nilsa - ktorego poznalismy w Hostelu w Pekinie. Razem z nim i jeszzce jednym Amerykaninem, trzymalismy sie do koca dnia razem ... mila odmiana :P

Pagoda Wielkiej Gesi - ladne, ale zdazylismy sie juz do "ladnych" rzeczy przyzwyczaic, za to show z muzyka i fontannami, przed pagoda super odswiezajaca rzecz. Moglismy polatac miedzy strumeniami zimnej wody, oklaskiwani przez tlum Chinoli, obserwujacych z przejeciem jak to jest dobrze sie bawic :)

Siedze mokry, myslac ze nie mam co na siebie zalozyc :) za 45 minut umowilismy sie na kolacje - obiado-kolacje ... sniadanio-obiado-kolacje ... a potem party w rytm Chinskiego popu ... jutro o 17:00 wyjazd do Czengdu (nie wiem jak sie pisze) :) 14h pociagiem bilet tzw. hard sitter ... moze byc ciezko, ale juz sie przyzwyczailismy ... tym czasem clubbing i Chinski lans.

pzdr

Kciuk

Shaolin Temple bladym switem..

Do ten kolebki kung fu wyrusza sie z Luoyangu, gdzie zgodnie z planem mielismy byc o 2am. Byla wiec szansa, ze zobaczymy swiatynie jeszcze przed tlumami turystow i zanim zapanuje odpustowa atmosfera.. Bus spoznil sie 2.5h wiec nawet nie musielismy dlugo czekac na dworcu. Faceci wynegocjowali dobra cene za taxe i mielismy jechac o 6!

Zaplacilismy i okazalo sie, ze wyruszamy o 630 i to do tego autokarem, co wydalo nam sie juz dosc dziwne;/ O 7 powiedziano nam wreszcie, ze to chinska wycieczka szkolna ktora rusza o 730, ale czekamy jeszcze na paru uczestnikow. W tym momencie pelna rezygnacja byla jedyna stosowna polityka...W koncu to Chiny nie mozna miec wszystkiego zgodnie z planem..

I tak oto znalezlismy sie na regularnej wycieczce szkolnej. Jak przystalo na szanujacych sie organizatorow wszystko bylo w planie- przerwa na siku, przystanek przy sklepie (bo zarcie w swiatyni drogie, zapewne sklep wuja kierowcy;))

Do Shaolin dotarlismy w tlumie (i to po ucieczce z naszego autokaru, niechcac sie narazac na kolejne przerwy..)i naprawde nie ma o czym pisac.. Szybko wrocilismy na busstacje, zeby udac sie do Xi'an z perspektywa prysznica;)

marta

Sleeper Bus

Doswiadczylismy juz przejazdzki autobusem sypialnym. Taiyuan - Luoyang. Autobusy te Bywaja brudne... nasz nie byl tragiczny.

W srodku byly trzy rzedy pietrowych lozek - jedno za drugim. Ja wylosowalem takie z telewizorem przed oczami i przez cala podroz mialem sposobnosc ogladania chinskiego kabaretu. Nie bylo mozliwosci podniesc sie z lozka. Obejrzalem sie za plecy... Wszyscy Chinczycy z zapartym tchem ogladali tenze kabaret. Na ich ustach malowal sie usmiech - widac kabaret byl dobry;)

Jedyny problem w kwestii naszego sleeperbusa byl taki, ze podroz trwala okolo 10h i zaledwie po kilku zapach wewnatrz byl.. nietrudno domyslec sie jaki;) Przed wejsciem do autobusu trzeba zdjac buty - szybko siegnelismy do plecakow, aby przyodziac skarpetki.. No ale Chinczycy tak nie robili;) Efekt byl taki, ze Marta przez pol nocy spala z glowa obok wielkiego palucha jakiegos Chinola;) Zreszta ja nie mialem lepiej... Bylem osaczony chinskimi stopami po obu stronach. Agata i Pawel mieli tym razem szczescie - dostali gorne lezanki.

ps. aha.. wracajac do chinskich podrobek.. moja 1GB karta "Kingstona" przestala dzialac po 1 dniu! Pozostaje jedynie sie cieszyc, ze przed zakupem stargowalem cene z 280 na 100 jenow (40zl)!

pps. zachecamy do komentowania newsow - "zyczliwy", ktoremu dziekujemy, przesyla je na maila;)

Konrad

Next stop Taiyuan

Podrozujac po Chinach mozna sobie spokojnie odpuscic wizyte w tym miescie lub traktowac je jedynie jako punkt przesiadkowy. Nam jednak przyszlo w nim spedzic caly dzien. I tak poszlismy do buddyjskiej swiatyni bogini o tysiacu rak (po drodze wchodzac niechcacy do muzeum prowincji Shanxi:) W odroznieniu od tych, ktore juz widzielismy w Pekinie, ta swiatynia 'zyla'. Trafilismy akurat na moment modlitwy mnichow, ktorzy otoczeni tlumem wiernych spiewali swoje rytualne piesni. Bardzo duze wrazenie zrobila na nas otwartosc tych ludzi. Mialo sie wrazenie, ze zapraszaja nas do swojej swiatyni i ciesza sie z naszej obecnosci. Pewna starsza pani usilnie probowala nam nawet wytlumaczyc kogo przedstawiaja figury znajdujace sie w srodku (oczywiscie po chinsku:).

Druga czesc dnia wlasciwie z Marta przespalysmy na murku przy Twin Pagoda Temple, kolejnej atrakcji Taiyuan (w tym miescie nie bylo ani skrawka trawy, na ktorym by sie mozna bylo polozyc a upal byl koszmarny!). Drzym i Kciuk tymczasem wspieli sie na pagody, ale smog unoszacy sie nad miastem drastycznie ograniczal widocznosc.

W dosc kiepskim stanie udalo nam sie w koncu doczekac godziny odjazdu naszego autobusu do Luoyang.

guta

czwartek, lipca 13, 2006

Beijing -> Taiyuan

Udalo sie qpic bilety.. Nie do Pingyao jak poczatkowo planowalismy, ale do Taiyuan. Nie kolejowe, lecz autobusowe. Z tymi biletami to w ogole roznie... Kolejowe trzeba qpowac wczesniej - probowalismy 3 dni przed wyjazdem - bylo za wczesnie - dzis rano z kolei juz nie bylo...

Zatem opuszczamy Pekin - chyba mozna powiedziec 'wreszcie'. Przynajmniej dla mnie miasto meczace, a Chinczycy natretni, chociaz byc moze jestem wciaz skazony sytuacja z aparatem...

Aparat qpilem i tez karte SD 1GB - karta chinskiej produkcji kingstona za 40zl ;)
Zreszta tutaj wszystko jest podrabiane!

No to koncze - ciao! -jak sie naucze po chinsku, to bede pisal w pinyanie;)

konrad

środa, lipca 12, 2006

The Best Of

Nie wiemy od czego zaczac wiec bedzie od poczatku..Jeszcze przed wyjazdem wyczytalismy na jakiejs stronie, ze ktos kiedys nocowal na murze. To wystarczylo zeby taki punkt pojawil sie tez w naszym planie. Teraz, kiedy juz znowu jestesmy w Pekinie, moge powiedziec ze nie moglismy podjac lepszej decyzji! Sama podroz nie nalezala do przyjemnosci..poszukiwanie stacji autobusowej w duchocie i chaosie Pekinu a potem przejazd blaszana puszka na trzech kolach do naszej docelowej miejscowosci Jinschaling, skad wspielismy sie na wielki mur. Chyba jeszcze nic w zyciu nie zrobilo na nas takiego wrazenia jak widok, ktory zastalismy na gorze.

Na murze nie bylo nikogo oprocz nas (bylo juz okolo 18 a wejscie jest zamykane o 19). Wokol widac bylo tylko gory i mur, ktory ginal gdzies we mgle. Do tej pory trudno mi uwierzyc, ze tam bylismy, tak nierzeczywisty byl ten widok (jakby z Tolkiena).

Rozbilismy oboz w jednej z baszt. Niezdazylismy zaopatrzyc sie w zaden prowiant wiec musielismy zadowolic sie dwoma syntetycznymi bulkami kupionymi po drodze i winkiem ryzowym (39%..nic bardziej ohydnego, w tajemniczych okolicznosciach zaginela wyborowa, ktora miala nas leczyc ze skutkow delektowania sie tutejsza kuchnia..)

Przygotowywalismy sie na straszne mrozy, a tymczasem panowal upal jak w dzien.. Mimo to strach przed zmijami i robalami ochydami zwyciezyl i wszyscy zamumiowali sie w spiworkach. Noc bynajmniej nie byla dluga obudzilismy sie o 4, na murze tonacym we mgle. Widok niesamowity! niestety tylko kciuka aparat wytrzymal do tego czasu.. Wstac postanowilismy gdy uslyszelismy glosy niesione po murze, a decyzje przyspieszyla zblizajaca sie burza.. Wlasciwie zrobilismy bieg przelajowy po basztach i o 5 znalezlismy sie na dole (ale woda i tak nas dopadla..) Czekajac na umowionego busiarza (nie wierzcie chinczykom..wcale nie przyjechal) spedzilismy w deszczu kolejne dwie godziny, dopoki nie udalo nam sie zlapac innego busa.

Guta&Marta

ChRL starcie pierwsze z systemem

Dopiero dzisiaj dopadla nas pierwsza gigant ulewa, szlismy strumieniem do lydek i stanowilismy nie lada atrakcje dla chinczykow, ktorzy znaja rozne chwyty (pelerynki, poncza i dziory w murze;)) wiec jakos krople ich nie dosiegaja.. suszymy sie wiec w schronisku i jest czas, zeby cos napisac;) Zapomnielismy wspomniec na samym poczatku ze nasz blog zostal zlokalizowany przez strozy prawomyslnego myslenia i zostal zablokowany, jak zreszta wiele stron w stylu cnn.. mozemy wysylac posty, ale edycja jest juz poza zasiegiem:/
Dzisiaj ostatni wieczor pekinski (oczywiscie jesli uda nam sie kupic bilet, bo do tej pory sie nie udalo mimo pomocy chinki ktora gawarila pa ruski..)
Ostatnia noc spedzilismy na CHINSKIM MURZE! patrz next post;)

marta

Chinski smak..

A w zasadzie NIE!

Pawlowi nie smakuje jedzenie, a moj aparat zniknal z pokoju w naszym hostelu. Sytuacja byla dosyc dziwna.. a zdarzylo sie to juz kilka dni temu. Sprzataczka przez pomylke (miala to zrobic w innym pokoju) uprzatnela moje lozko, na ktorym pod spiworem zostawilem aparat. Mozna powiedziec moja wina, ale co ciekawe wszyscy zostawilismy aparaty na lozkach, czy stole.. i zaden inny nie zniknal. Moj spod spiwora owszem... Sytuacja nie byla mila. Chinole oczywiscie twierdza, ze oni aparatu nie maja... Kolejne doswiadczenie.

Manager hostelu zrobil nam upust za nocleg w ramach rekompensaty.. lepszy rydz.. jutro jade po nowego Canona.

konrad

niedziela, lipca 09, 2006

dzien nr 2

no to teraz ja wam pokaze :)

Drugi dzien zaczal sie juz w nocy ok 3 nad ranem, obudzila nas .. powodz ... w pokoju obok. Na szczescie nas ominelo mimo, ze nas pokoj lezy troche nizej od sasiadow ... a nazekalismy, ze nie mamy okien :) Jak sie dowiedzielismy Anglicy sa "used to" takiej pogody, wiec jakos wytrzymaja. Ok 4 nad ranem wrocila do pokoju sasiadka z pijawka czkawka, za ktora oczywiscie przeprosila i zaczelo cos po pijaku bredzic ... w takich warunkach sen (wedlug moich wspolokatorow) byl bezsensem, wiec juz ok. 5 wyladowalismy na rtynku straoci. Jak wszytsko inne rynek tez byl olbrzymi .. zakupy poczawszy od paleczek, a na elementach terakotowej armii skonczywszy dokonuje tu sie za pomoca gestow i kalkulatora. Targowanie jest obowiazkiem ... paleczki mozna kupic za 30 RMB bez targownaia lub za 6 RMB po krotkiej wymianie kwot ... i tak mysle ze przeplacilem :) ( 6 RMB = 2,40 zl ...).

Mimo, ze w nocy lalo, pogoda byla jak wczoraj, czytaj mgla ograniczajaca widocznosc do 20 m. Powrot krotka drezmka - ciagle sie aklimatyzujemy (do polskiego czasu nalezt dodac 6h).

Po drezmce wypozyczylismy rowery (10 RMB za dzien), i szusowalismy po tutejszych drogach. Droga = 4 pasy w jedna strone + 2 pasy drogi rowerowej. Drozka rowerowa to jak unas marszalkowska ... skala nieporownywalna. Pare chinoli przez zakazanym miastem, wymyslili ze zdjecie z bialymi jest duzo bardziej atrakcyje niz zdjecie z zakazanym miastem i tym oto sposobem stalismy sie obiektem sesji zdjeciowej. Wogole biala twarz budzi pewne zaciekawienie, ludzie usmiechaja sie milo (mam nadzieje ze sie nie smieja, myslac .. co to za dziwadla). Wbrew pozorom bialych turystow jest tu bardzo niewiele i nie widac ich wogole oprocz miejsc turystycznych, gdzie zrestza nikna w tlumie azjatow.

Zastosowalismy nowa technike zamawiania posilku, ktora sprawdzila sie w 50% :) po prostu wybieramy 4 pierwsze potrawy z karty i probujemy. Trafilem tylko ja (boczek w sosie z plackami ryzowymi i Guta - kurczak z orzeszkami), Drzymer dostal tofu w sosie (bleeeee) a Marta sajgonki z warzywami - srednie. Tak ze Drzymer domowil to co ja, a Marta domowila ryz. Tu naleZy nas pochwalic paleczkami sobie juz radzimy - z glodu nie umrzemy.

Mozna by pisac i pisac, o miesice o tym co jedlismy, o chinolach ... nie da sie opisac, trezba zobaczyc, rewelka ... cos czego zadne z nas sobie wczesniej nie wyobrazalo!

Pawel

sobota, lipca 08, 2006

SU 573 landed @ Beijing Capital Airport!

Oto jestesmy! Pierwszy kontakt z chinska ziemia. Lot bez problemow, na trasie Moskwa - Pekin chlodno, ale dostalismy kocyki. Z lotniska dotarlismy autobusem do centrum i spacerkiem doszlismy do hostelu. A jak Chiny?

No coz.. tu wszystko wyglada inaczej! Zupelnie inna skala, to przede wszystkim. Ogromne budynki i przestrzenie. Co wiecej? Chinczycy dosyc natarczywi - probuja co chwile cos sprzedac na ulicy.. Latawiec, zegarek z Mao, a moze jedzenie albo mape albo arbuza albo... i tak mozna by w nieskonczonosc... Hey, Mista Mista.. Hello Sir.. Bialy czlowiek nie ma spokoju!;)

konrad

piątek, lipca 07, 2006

Do uslyszenia z Beijing!

No to jedziemy:) Miesiace, tygodnie, dni.. i wreszcie! Bedziemy sie starali pisac co u nas w miare czesto, wszakze Chiny kraj cywilizowany:) Nie przedluzajac - do nastepnego postu;) TU154 startuje o 11.00 wypatrujcie;)

konrad
ps. a recznik szybkoschnacy nabyli gadzeciarze: agata, marta, pawel;) zobaczymy, czy z tradycyjnym tez sie da przezyc?;)